powrót do części I

REKOLEKCJE Z KS. MICHAŁEM SOPOĆKO

Opracowane na podstawie publikacji ks. dr Michała Sopoćki
(wybór tekstów s. Dominika Steć ZSJM)
część II

 

ŚLUBY ZAKONNE

"Obrałem być najpodlejszym w domu Boga mojego, niźli mieszkać w przybytkach niezbożnych" (Ps 83,11). "Otwórz mi siostro moja, przyjaciółko moja, otwórz mi"
(Pnp 5,2).


Tak przemówił dnia pewnego Bóg do ciebie. Poznałaś ten głos umiłowanego, otworzyłaś i poszłaś za Nim. Pozwoliłaś wejść Panu, by był nad wszystkim, co do ciebie należy.
Obiecał ci nawzajem swoje dobra i łaski, a teraz musisz podpisać układ. Ojciec Niebieski przyjmuje cię w imię Syna swojego: przyjmuje twoją ofiarę i osobę a w zamian przyrzeka ci Osobę Jezusa Chrystusa i Jego łaski. Notariuszem tego aktu jest Ojciec Święty, a przełożona zastępuje jego miejsce i przyjmuje śluby w Jego imieniu. Jesteś teraz wolna, a gdy podpiszesz, nikt nie unieważni tego aktu. Wprawdzie następuje zwolnienie od ślubu, ale on to czyni z wielką trudnością, z przymusu, gdyż nie zawsze zwolni od ślubu Pan Bóg, który jedynie zna tajemnice serca i wie, czy są wystarczające przyczyny, które podajemy, aby rozwiązać łańcuch miłości. Wątpliwość straszna, którą nosi ze sobą zwolniona. Lepiej nie ślubować, jak nie dopełnić ślubów, gdyż podpisujemy te śluby krwią własną.


Ślub jest to kontrakt darowizny, który wymaga obustronnej opłaty. Cóż oddasz? Oddaj wszystko bez zastrzeżeń, które zwykle kryją ostrożności i psują daru szczerrość, a więc: świat i jego dobra, zdolność i możność zostania celem czegokolwiek, ciało i duszę, umysł i serce na zawsze, nigdy nie żądając zwrotu. A co da Pan Bóg? Chyba się nie zadowolisz zapłatą stokrotną Piotra, lecz zażądasz jak św. Tomasz z Akwinu: "Ciebie samego i nic jak Ciebie". To dopiero zapłata.


Na jak długo podpisujesz ten kontrakt? Na zawsze - oddanie swej wolności w kole zamkniętym, by z niego nigdy nie wyjść. Nie przypatruj się temu, co dajesz, bo to i tak do Boga należy. Patrz tylko na łaski, jakie ci wyświadczył, na miłosierdzie, którego godną nie byłaś. Oto wchodzisz do uprzywilejowanej rodziny w Kościele. Daj wszystko, coś nabyła z zasług i cnót i co nabędziesz w przyszłości przez twe czyny, prace, cierpienia, ofiary i modlitwy. Może nic nie posiadasz - pożycz cnoty i łaski od Jezusa i Maryi, byś mogła się podobać Ojcu Niebieskiemu. Pamiętaj, że nie będziesz wolną od pokus, które szatan wzniecać będzie, byś oddała zpowrotem za złoto: nie patrz na nie jak św. Antoni.


Ślub jest uświęceniem się szczególniejszym. Jak dawniej ofiary były oddzielone od reszty,
by się stały własnością Pana, tak profesja jest poświęceniem w prawie nowym. Nie znasz już ani imienia, ani miejsca, ani stanowiska, ani przeznaczenia żadnego, lecz stajesz się rzeczą i własnością Boga. W tym celu On cię uświęca i uszlachetnia, byś była godną służby Pana tak wielkiego. Sługa nosi liberię swego Pana, a Pan daje ci habit, by uczynić twoje śluby jawnymi i przeznaczyć wobec wszystkich do służby w swoim Królestwie. Odtąd strzeż honoru swego Pana i barw, które nosisz. Jesteś już szlachcianką Zbawiciela i arystokracją Kościoła.


Jak dworzanie na dworze Króla stanowią jego siłę i zawsze stają w pierwszym rzędzie
do obrony kraju, z odwagą narażają się na wszelkie niebezpieczeństwa, tak zakonnica winna być w pierwszym rzędzie, by bronić osoby Jezusa i Kościoła, być zawsze na Jego rozkazy i iść tam, gdzie pośle, czy na morze, czy do najdalszych krajów. W ten sposób łączą się z kapłaństwem potęgą poświęcenia zakonnego. Już ich nic zatrzymać nie potrafi. W ten sposób zakony są zdobywcami, gdy świeccy duchowni pasterzami, czasami niestety stróżami grobów.


Profesja wreszcie jest zawarciem związku z Chrystusem. On cię dopuszcza do swego towarzystwa, dostarcza ci łask i środków w spółce, a żąda w zamian pracy i ofiary. Trzeba, byś się złączyła z Nim węzłem przywiązania do Jego interesów i miała tylko ten cel i to zadanie - Chrystus. Przysięgasz teraz, że pracować będziesz zawsze tylko dla Jezusa, nieodwołalnie dla Niego, nie szukając siebie w niczym i nigdzie. Niechże On będzie twą siłą, byś się nigdy nie cofnęła, byś walczyła na śmierć i życie.


Źli ludzie łączą się w towarzystwa do złego i przysięgają wytrwać pod karą śmierci: już się wycofać z pęt szatańskich nie mogą. A czyż ty inaczej zechcesz służyć swemu Panu? Przez profesję dajesz zobowiązanie do zupełnego wyrzeczenia się i wyniszczenia swej miłości, a jeżeli zażąda Pan męczeństwa, poniesiesz je dobrowolnie. Umrzeć na polu bitwy w Kościele to wielki zaszczyt, to wielka chwała dla Boga. Jakież to szczęście! Bo oto sam Pan Jezus wyjdzie na spotkanie i weźmie cię w swoje objęcia. Niechże twoja profesja będzie męczeństwem ubóstwa, posłuszeństwa, czystości. To jest najpiękniejszy dzień w twoim życiu, bo to jest dzień miłości.

 

ŻYCIE UKRYTE - PRACA

Chrystus Pan w Nazarecie nie był przełożonym, ani kapłanem, ani kaznodzieją, lecz był zwyczajnym zakonnym braciszkiem. Trzydzieści lat pracy zapomnianej, cichej, pracy żmudnej, fizycznej. Praca jest prawem całego życia zakonnego, nawet i w późnym wieku. Św. Klara pracowała na łożu śmierci pracą ręczną.


Zbawiciel - największy talent świata i geniusz, ideał wiedzy to wzór dla pracujących. Światłość niestworzona - pociecha Aniołów, mogący stworzyć nowe światy. Wykonuje najpospolitsze prace w ramach swego domku. Nie oddawał się jakiejś wzniosłej sztuce, ale obrał najpospolitsze rzemiosło. Nie ma biura, nie otaczają Go uczeni, nie ma sekretarzy, doradców i pomocników.


Jest to zwyczajny rzemieślnik w zapadłej mieścinie, żyje przy rodzicach, jak i On ubogich.
Na początku ery chrześcijańskiej pokazywano podróżnym i pielgrzymom prace, które miał własnoręcznie wykonywać Zbawiciel: były to jarzma zwierząt, proste pługi, najpospolitsze drzwi itp. Wyniki pozornie bezwartościowe - talent zagrzebany. Jakże często zdarza się w zakonie, że się czujemy pokrzywdzeni, że urząd i praca nam powierzona wydają się za niskie, nieodpowiednie do naszego uzdolnienia, nie zastosowane do naszych sił i talentu. A tymczasem każde zajęcie jest drogie i cenne, bo najlichsze, najpośledniejsze jest zroszone potem Jezusa, pokryte kurzem Jego warsztatu i na nim oko zakonne, wierzące znajduje ślady rąk Chrystusowych. Praca Pana Jezusa była trudną i ciężką, gdyż za pokarm służyła marna potrawa: kukurydzowy placek, trochę oliwy, woda z winnym kwasem. Za miejsce spoczynku - mała izdebka i mata z sitowia rozciągnięta na ziemi. Za ubranie - sandały drewniane, płaszcz płócienny, ręką Matki sporządzony.


Patrz na pracę Zbawiciela w tych warunkach wykonywaną, bo i my mamy pracować podobnie. Praca ta przynosiła upokorzenie, gdyż trzeba było pracować z dnia na dzień przy niepewnym jutrze. My nawet takiej pracy nie mamy. W zakonie inni za nas myślą o wszystkim, a Chrystus radował się, gdy Józef przynosił ubogi zarobek, gdyż wszyscy tam żyli z dziennej zapłaty. Praca Chrystusa była bez zmiany, monotonna, nieustanna, szara, nudna, jakiej nawet w zakonie nie znajdziemy. Tu bowiem, jeśli praca nie idzie w jednym urzędzie, dają inną, bardziej dostosowaną do zdolności, sprytu, talentu, przy tym tu jest pewna rozmaitość. A w pracy Chrystusa choćby chciał rozmaitości znaleźć nie mógł. Jakaż to dla nas tajemnica i nauka głęboka. Do zakonów bowiem hasła świata powoli się wciskają przez szczeliny. Trudno tu mówić o mrówczej pracowitości - o prawdziwym umiłowaniu pracy, a stąd przypuszczalnie płynie i trudność owocności tej pracy.


Chrystus musiał zawsze podporządkować się woli św. Józefa, stosować się do okoliczności i warunków wykonywania pracy i to codziennie, bez przerwy. Uczy się z wielką pokorą - On źródło wiedzy, z jakim pietyzmem przyjmuje wskazówki, spełnia wszelkie polecenia z radością, przyjmował uwagi z zadowoleniem. Tymczasem w zakonach uwagi wywołują grymasy, niezadowolenia, niesmaki. Tam często wielu się zdaje, że przełożona nie może wtrącać się do pracy, bo my przecież wiemy najlepiej jak ją wykonać.


Chrystus przy pracy wciąż spogląda na krzyż, szuka krzyża, w godzinach samotnych ogląda duchem kolumnę biczowania, widzi siebie w Pretorium Piłata, słyszy wołania "na krzyż" (J19,6). Gdy weźmie kloc drzewa, przypomina, że kiedyś inni ludzie z podobnego kloca uczynią krzyż i przybiją Go doń. Te myśli nie odbierają ochoty, energii i nie ostudzają zapału. On bowiem pragnie ofiar największych dla chwały Ojca. W krzyżu pracy widzi nieśmiertelność i szczęście moje.


Wglądnijmy do wnętrza serca Jezusa przy pracy. Oto pracuje wytrwale, ze świętym spokojem, bez skargi, gdyż widzi tu wolę Ojca. Pracuje z wdzięcznością. Wie, że Ojciec zawsze działa - pracuje, chce jako człowiek brać czynny udział w pracy Ojca. Pracuje z męstwem, w głodzie, chłodzie, bez małoduszności i zmiany, a siły czerpie z Boga. Wyniki pracy pozornie są nikłe, ale On ją błogosławi i nagradza. Przynieśmy tedy Chrystusowi każdy rodzaj pracy i spytajmy, czy On jest z niej zadowolony. A gdy zgani, prośmy, by oczyścił intencję naszą w pracy.

 

O POKOJU DUSZY I ROZPOZNAWANIU DUCHÓW

Po rozważaniach o śmierci, grzechu i innych prawdach wiecznych może powstać w duszy
pewien zamęt, spowodowany przez wroga naszego, którego ataki trzeba odpierać siłą.
Kusił on i Chrystusa, który Apostołów pozdrawia słowami: "Pokój wam"(Łk 24,36),
po zmartwychwstaniu, gdy ci zbierali się na modlitwę wspólną. Pokój winien być owocem rekolekcji. Z tym pokojem mamy powrócić do codziennych spraw i obowiązków. On buduje, pociąga, przynosi ulgę, osładza, dodaje sił do przetrwania walki i najgorszych chwil.


Szatan zaś wprowadza zamęt i niepokój. Dlatego trzeba znać naukę o rozpoznawaniu duchów. Właściwością dobrego ducha jest dodawać odwagi, siły, otóż gdzie brak jest tego, tam działa zły duch. Są cztery warunki, czyli cztery elementy tego pokoju: pogoda ducha, spokój duszy, prostota serca, węzeł jedności, wspierający się na zakonnej miłości. Pogodę ducha można porównać do nieba jasnego bez chmur, ona tę jasność sprawia, rozprasza chmury deszczowe, gradowe, smutne, zrozpaczone, ciężkie i tak jasno przemawia, pociąga umysł i rozjaśnia, jak ciepły wiatr od południa.


Spokój duszy wywołuje myśli potrójne: dusza nie doznaje smutku, zwątpienia lub zniechęcenia, bo wiara w Opatrzność i Miłosierdzie Boże mówi, że Bóg jest Ojcem troskliwym o duszę i bez Jego woli nic złego nas spotkać nie może. "Wszelkie troski wasze składajcie na Boga, gdyż On ma pieczę o was" (1P 5,7). "A wiemy, że tym, którzy miłują Boga, wszystko pomaga ku dobremu" ( Rz 8,28), powiada święty Paweł. Więc, gdy na duszę przyjdzie apatia, niechęć i niemoc, trzeba wszystko kierować do Miłosierdzia Bożego i ufać, że Bóg pośpieszy z pomocą. W duszy gruntuje się przekonanie, że wszędzie, zawsze i we wszystkim mogę służyć Bogu i być doskonałym. Ta prawda uzależniona jest od mojej woli.


Praca ta trudna, ale całkowicie dostosowana do moich sił, natury i woli, która dużo może kiedy musi, a stokrotnie, kiedy chce. Zewnętrzny mus dokona wiele, ale więcej kiedy naprawdę chcemy. Dlatego świętość nasza uzależniona jest od naszej woli - najsumienniejszego spełniania obowiązku. Te trzy myśli muszą rozproszyć najbardziej posępne usposobienie, a wytworzyć jasne, przejrzyste i pogodne. Dla szatana pogoda wewnętrzna to rozpacz i doprowadza go do wściekłości.
On chce doprowadzić do burzy, wywołać chmury gradowe, dlatego baczność! Do wytrwania w pogodzie ducha doprowadzi nas wyobraźnia, którą trzeba trzymać na wodzy, poznać jaką jest. Nie jest ona jednakowa u różnych dusz, a nawet u jednego człowieka, gdyż przybiera różne kształty. Przyrównać ją można do zwierciadła, które może być wypukłe, wklęsłe i płaskie. Pierwsze - przedmioty powiększa, zniekształca i przedstawia ujemnie. Drugie - przedmioty zmniejsza i przedstawia pociągająco i ponętnie, chociaż są i nie piękne. Trzecie wreszcie przedstawia, jakim jest przedmiot, ale nie pokazuje, gdzie się on znajduje. Zwróćmy uwagę na wyobraźnię, która inną jest u osób świeckich, a inną u osób zakonnych.


Pierwsze zwierciadło to u osób zakonnych skwaszonych, zgryźliwych, niezadowolonych
ze wszystkiego. Niewiadomo, czy taka osoba się kiedykolwiek uśmiecha, czy nawet w ogóle rozumie, co to jest uśmiech. Wzrok ma nieufny, skryty, posępny. Powierzchowność zachmurzona zdradza podejrzliwość. Niech ktoś nie tak popatrzy, jak ona sobie życzy, przepaść otwarta przed nią. Niech przełożona spojrzy okiem suchym, bo jest zakłopotana, wówczas wszystko zaczyna analizować, rozbierać, stwarzać podejrzenie, sądy opaczne, ogarnia ją smutek, w którym znika spokój i powołanie. Niech kto powie płoche, nieoględne słówko, zaraz wyobraźnia wypukła powoduje przygnębienie, a czarne chmury przyćmiewają i uniemożliwiają pożycie.


Gdy chodzi o interes własny, o mnie, to ja dla dodania sobie bodźca biorę drugie zwierciadło wklęsłe - pomniejszam winę własną, widzę ją w swoim tylko naświetleniu, ubieram się w dodatki w tym celu, by skupić na sobie uwagę innych. Taki człowiek w oświetleniu prawdziwym ciężkości swych błędów nie zrozumie. To drugie zwierciadło jest więcej niebezpieczne, gdyż posługując się nim dusza zakonna występuje wbrew własnemu
sumieniu, byle nie zasmucić otoczenia.


Gdy chodzi o pogodę życia zakonnego trzeba mieć trzecie zwierciadło -zdrową i prostą wyobraźnię, która nam ukazuje, jakimi jesteśmy w rzeczywistości i mówi nam prawdę w oczy. Jeżeli wyobraźnia będzie zdrowa, uchroni nas od grymasów przeczulenia na punkcie własnej osoby. Jest ona pierwszym elementem do stwarzania trwałej pogody ducha. Na ten pokój duszy trzeba mieć pogodę ducha, bo zakłócić go potrafi małe wejrzenie.


Uczyńmy teraz rzut oka na przeszłość. Są ludzie, którzy lubią się grzebać się w sobie,
dopatrując się winy większej niż była. To niedobrze: nie wracamy do śmietniska, gdyż i Bóg zapomina o grzechach naszych po przebaczeniu. Po co wyziewami złego zatruwać ducha i robić z siebie zwierzę drapieżne, pozbawiając się energii, pogody i osłabiając wolę,
a tymczasem rzeczywistość z oczu ginie. Przyszłości lękać się również nie powinniśmy,
gdyż kto miłuje, ku dobremu wolę swą skierowuje. "Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia" (Flp 4,13).


Prostota serca to obraz dziecka: szczere, proste, otwarte, bez pozy. Zgodność zewnętrznych przejawów z wewnętrznym stanem, bez obłudy, udawania, pozowania, nie ma ubocznych względów, nie kieruje się zasadami świata ani zmysłowymi podmuchami. Dziecko pociągające to jasny wyraz tego, jaką prostota być powinna.


Czwartym elementem pokoju jest węzeł jedności, zgodne i serdeczne porozumienie się
z siostrami. Bez niego życia zakonnego pojąć nie można. Tę zgodę Chrystus przekazał Apostołom w testamencie i o nią głównie błagał Ojca Niebieskiego w modlitwie przed męką: "Spraw Ojcze, aby oni byli jedno, jak Ty i Ja jedno jesteśmy" (J17,21). Chrystus Pan nazywa znak, po którym można poznać Jego uczniów - to miłość. A psalmista woła: "Jak ważną jest rzeczą i dobrą mieszkać razem z braćmi" (Ps 133,1). Istotnie miłość jest dopiero węzłem pokoju.

O MIŁOŚCI SIOSTRZANEJ

"Synaczkowie miłujcie się wzajemnie - mawiał Jan Apostoł, gdy już w podeszłych latach miewał kazania do uczniów - To jedno spełnijcie, a wystarczy wam ono za wszystko". Istotnie miłość jest koniecznym warunkiem utrzymania ducha i równowagi wewnętrznej, ona daje szczęście życiu zakonnemu. Jeżeli w nią się wmyślimy, przekonamy się, jak nam brak tej prawdziwej delikatności, potrzebnej do zespolenia naszego życia. Mówią nam o tym rachunki sumienia, że największym uchybieniem, niedoskonałością, jaką napotykamy w życiu zakonnym, to brak prawdziwej miłości bliźniego, o której trzeba często mówić. Bóg dał światu zasadnicze trzy prawa, a każde z nich potrąca o miłość.


Prawo naturalne - obchodź się z drugim, jak chcesz, by się obchodzono z tobą. Prawo Mojżeszowe - jak sam sobie życz tak innemu. Wreszcie prawo łaski - abyście się społecznie miłowali, jak ja was umiłowałem. Aby się po mistrzowsku przejąć zasadą miłości bliźniego przypatrzmy się dwom pobudkom miłości, która winna stać się naszym ideałem, przejść w czyn naszego zakonnego życia i opromienić każdy dzień, każdą przykrość i być nagrodą za opuszczenie wszystkiego. Nakaz Chrystusa: "To jest przykazanie moje, abyście się społecznie miłowali"(J 15,12). Dla nas ten nakaz jest ścisłym obowiązkiem, wynikającym z dążenia do doskonałości: mamy upodobnić się rozumem, sercem i wolą do Chrystusa pod każdym względem.


Druga pobudka z rozumu: jesteśmy dziećmi jednego Ojca, członkami mistycznego ciała - Kościoła, zespala ta sama wiara, karmi też Eucharystia, ma więc i miłość ożywiać. W zakonie nadto stanowimy rodzinę: ten sam Oblubieniec, to samo niebo, ta sama nagroda, te same cele. Miłość wzajemną można nazwać probierzem miłości Bożej. Miłość nadprzyrodzona i siostrzana wypływają dwoma strumykami z tegoż samego źródła miłości Serca Bożego. "Jeśliby kto rzekł, że Boga miłuje, a bliźniego miał w nienawiści, kłamcą jest" (1J 4,20), mówi św. Jan Apostoł. "Chcesz się dowiedzieć, czy kochasz Boga, patrz, czy kochasz bliźniego", mówi św. Teresa. "Po tym poznają, że jesteście uczniami moimi, jeżeli miłość jeden ku drugiemu mieć będziecie" ( J13,35), powiada Pan Jezus. Miłość wzajemna to umiłowanie cnót Chrystusowych: nauczył jej życiem, dowiódł krzyżem, a stwierdził Eucharystią, objawił św. Małgorzacie.


Miłość zakonna różni się od świeckiej, która się opiera na węzłach krwi, interesu, jest krucha, nikła i niestałe ogniwa. W zakonie trwały węzeł jednoczy zebranych z różnych krajów, stanowisk, pochodzenia, charakteru, usposobień, wyrobienia, wykształcenia, sprytu, ofiarności, a to wszystko żyje wspólnie, pracuje, zespolone, zjednoczone tworzy węzeł harmonijny przez miłość. Ta różnorodność musi działać z tych samych pobudek, dążyć do tych samych celów, dzielić dolę i niedolę, stworzyć jednolitość, a w niej miłość. Węzeł przyrodzony tego nie potrafi uczynić. Trzeba tu koniecznie miłości wyższej, bez której zakon będzie piekłem /św. Hieronim/.


Miłość winna być duszą życia zakonnego, ozdobą Zgromadzenia, podwaliną świętości, doskonałością życia, pociechą i nagrodą. Opanowana, cnotliwa miłość własna ma być miarą, Chrystus nie żąda równej miłości, ale podobnej - to promień czysty, wypływający z miłości własnej. Pragnę dla siebie dobra, radości, szczęścia, to samo dla drugich. Mamy widzieć bliźniego w sercu Bożym, wówczas zrozumiemy myśl Pawłową: "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest." (por. 1Kor 13,4-8).


Staniemy w tym pięknie, jeśli w myślach, w słowie, przejawiać się będzie nasza miłość ofiarna, szczera i prosta. Strzec się trzeba porywczości, podejrzliwości i zazdrości. Powodem potępienia są pozory tym nieszczęśliwsze, że widzimy źdźbło w oku bliźniego, a kloca we własnym oku nie spostrzegamy. Z czynności zewnętrznych nie można wyrokować o pobudkach, z jednego wypadku o charakterze, bo stąd płynie lekceważenie bliźniego. Trzeba przebaczać, a my urazy chowamy w duszy. Za jedno słówko zakopane w duszy serce długo wonieje urazą. A antypatie? Że się niby nie gniewa, ale przy spotkaniu głowę odwraca, udaje, że nie słyszy. Miłość winna się objawiać w słowach: "Każde słówko umaczać w słodyczy Boskiego Serca, a potem je wypowiedzieć" (św. Franciszek Salezy).


Strzec się słów ostrych, złośliwych dowcipów, sarkazmu, żartów zasmucających, ostrych sprzeczek, aby bliźniego nie ranić mieczem języka. Bajka Ezopa, który jako niewolnik
na rozkaz pana kupienia rzeczy najlepszej przyniósł 4 ozory, a gdy kazano mu kupić rzecz najgorszą, przyniósł również cztery ozory wołu: "Język to najlepszy dar bogów, a najgorszy na usługach zła", powiedział panu.Baranka wszyscy gładzą, a od jeża to i pies ucieka. Dobroć, uprzejmość w obejściu, delikatność i pogoda, mała usługa, pociecha zniewalają serce i podbijają je. A u nas często samolubstwo. Trzeba tedy unikać nieczułości, ponurości, drażliwości, opryskliwości, szorstkości, rubaszności, gburowatości, zarozumiałości, co lekceważy wszystkich i wszystko, afektacji, wyrażającej się w tonie mentorskim, buńczuczności, co sobie pokłon oddaje.


Jak nam trzeba miłość zachować, jak dojść do niej, jak ją uprosić i wyrobić sobie ducha pokory i wiary. Jeżeli miłość kwitnie na ziemi w zakonie, to zakon daje przedsmak nieba i błogiego pokoju. Badajmy tedy siebie, zrozumiejmy, czym jest miłość i umiłujmy ją czynem, a wtedy w życiu zakonnym nie będzie najmniejszego trudu, bo miłość wszystko ułatwi, zrozumie i wszystko przetrwa. Trzeba usilnie się starać, by miłość była wypełnieniem i dopełnieniem zakonu. Rozlewając miłość na ziemskie istoty - siostry, nie wolno nam uszczuplać miłości Bożej, a coraz bardziej ją potęgować, kochać je tylko dla Boga.

 

WYBÓR APOSTOŁÓW

Zakończyliśmy przeszłość naszą spowiedzią i teraz już jej nie rozdrabniajmy, nie szukajmy już win w niej, ale mówmy z Apostołem: "Tego co nazad jest zapominam, a do tego co wprzód wyciągam ręce"/Flp 3,13/. Jeżeli szatan zechce budzić w nas lęk, małoduszność, zamknijmy drzwi duszy naszej przed nim, a otwórzmy serce dla Pana Jezusa, który po 40 dniach rekolekcji z całą starannością ogląda się za uczniami, szukając pociechy dla swego apostolskiego serca.
Uczynił to i dla mnie, bo gdy się oglądam, spostrzegam dla pociechy serca swego korzonki powołania świętego. W tej godzinie powołania Apostołów widzę ziarnka łaski Bożej,
które po tylu wiekach wpadają do mojej duszy, dostrzegam tam podkłady swego życia.
Raz po modlitwie nocnej na Górze Tabor, wychodzi do uczniów rozpromieniony, obejmuje
ich miłosnym spojrzeniem i wywołuje 12 Apostołów. Wkłada na nich swe Boskie ręce i widzi wszystkie wieki przyszłe, założycieli zakonów i mnie, bo Jego wejrzenie wówczas i mnie dosięgnęło.


Pod względem powołania można ludzi podzielić na dwie kategorie: warunki naturalne u jednych (pochodzenie, stanowisko, stosunki) i okoliczności nadprzyrodzone u drugich. Niektórzy z uczniów cisną się sami, by być przy Chrystusie, oni powołania nie mają.
Takich Chrystus nie potrzebuje i do grona swego nie dopuści, bo też pobożnych trzeba i w świcie.


Do drugich Chrystus sam mówi: "Pójdź za mą" (Mt 9,9). Daje im skarb powołania, a oni nie chcą i nie korzystają, jak ten bogaty młodzieniec z Ewangelii. Kogóż więc Chrystus powołuje? Ze wszystkich warstw i klas społecznych: z rybaków Szymona, Jana i Andrzeja; z lepszego stanu Natanaela i Mateusza. Nie wyklucza ludzi zamożnych, ale najchętniej otacza się biednymi, daje pierwsze miejsce szczerym, otwartym, szlachetnym, chociaż nieco próżnym i niepozbawionym innych przywar. Widział w nich gotowość współpracowania z łaską Bożą. Nie wyklucza i grzeszników, w których pod twardą powłoką widzi szlachetność.
Nikt ze względu na stanowisko, ustosunkowanie, majątek wynosić się nie może.
W tej mozaice członków, w tym skupieniu ludzi rozmaicie obdarzonych, a cieszących się jedną łaską powołania, ma odtwarzać się harmonia na jedną nutę chwały Bożej w miłości serdecznej. Wszelkie przymioty naturalne znikają, bo są wsparte na niewzruszonej łasce powołania.


Łaska pociągnęła serca grube, dzikie, nieokrzesane, wzniosła z życia codziennego wzwyż
ku Bogu, uczyniła z nich naczynia wybrane, roznoszące po świecie imię Chrystusa. Nie na zdolnościach zewnętrznych, nie na stanowisku i pochodzeniu polega ta moc Apostołów, ich znaczenie i owocność pracy, ale na łasce. A ta łaska powołania wypływa z głębi Miłosierdzia Bożego i nie można jej sobie wysłużyć. Jakże ją cenić potrzeba, jak dbać o nią, jak ją pielęgnować, jak starać się jej odpowiedzieć w życiu, bo to objaw największego Miłosierdzia Bożego. Pan Jezus na modlitwie rozmawia z Ojcem o przyszłych rządach: widzi papieży, kapłanów i o moim powołaniu pamięta, przenika bowiem wszystkie czasy i widzi je. Już wówczas powołał ich i mnie do najściślejszej z sobą jedności, byśmy zawsze byli z Nim zjednoczeni, na pustyni, w Getsemani i na Kalwarii.


Po Zmartwychwstaniu skupił Zbawiciel zgromadzenie, którego ośrodkiem jest On, jest punktem ciężkości i życia zakonnego. Jego muszę studiować, naśladować, przez Niego dojść do cnoty, przez Niego mam zostać świętą. Jego poznawać i ukochać mam, Jemu zawdzięczam zdobywanie cnoty, gdyż drogą do życia jest On, Chrystus. A my czynimy opacznie: chcemy się upokarzać da siebie, a to trzeba czynić dla Zbawiciela i z Nim być razem. Gdy przy krzyżu Zbawiciela radośnie trwać będę, On mnie skutecznie pociągnie, bo chce mnie mieć przy sobie. A ja często w kącie sama. Otrzymam rozkaz ciężki, bolesny, wstrętny. Któż mi sił doda? myśl o posłuszeństwie Zbawiciela. Ćwiczenie duchowne idzie trudno: żadne uczucie nie przemawia do serca; po co wtedy gonić za myślą i męczyć się? Szukajmy stóp Chrystusa i jak Magdalena rozmawiajmy z Nim, ogrzewajmy się promieniami Jego miłości, a znajdziemy Boga nie siebie. Odnawiajmy w życiu codziennym swe śluby po Komunii św. On wtedy Sam jest.


Jezus powołał uczniów do godności Apostolskiej: "oni mieli być Jego zastępcami, źrenicą Jego oka. I my powołani do tegoż. Bo Chrystus powołał do wspólności życia zakonnego z życiem Zbawiciela. On nasze szczęście. W Nim żyć i poza Nim niczego nie pragnąć. A ja nie daj Bóg, bym się miał chlubić w czym innym, jeno w Panu moim Jezusie Chrystusie". Ta wspólność pracy z Nim stanowi największe szczęście na ziemi. Więc powołał mnie nie żeby się modlić ciągle, nie żeby tylko pracować, nie żeby tylko myśleć o własnej duszy, ale byśmy byli apostołami i dopomagali do szerzenia Królestwa Bożego, do apostolskiej działalności, do doskonałego przykładu na ziemi i do związku z Nim w niebie. "Wy siedzieć będziecie na 12 stolicach i sądząc dwanaście pokoleń".


Apostołowie poszli zaraz bezzwłocznie, nic nie wzięli na pamiątkę z pośpiechu, bez myśli,
że wrócą. A myśmy zabrali może swe uczucie, upodobania i wolę. Poszli oni z radością.
Mateusz porzucił pieniądze i biegiem za Panem dumny z wybrania. Jan nawet pamięta godzinę powołania i cieszy się. A nam jak trudno zdobyć się na ten pośpiech i radość.
A oto sieci /rodzina, rozpieszczone przywiązanie do siebie/, rozrywa się powołanie, ociągamy się, a Chrystus stoi cierpliwie i patrzy. Czy z takich Apostołów może być dumny? Czy oni spełnią Jego wolę? Apostołowie poszli i wytrwali. Idźmy za nimi, by zdobyć łaskę wytrwania.


Rzućmy się do stóp Chrystusa i podziękujmy z każdą godzinę życia zakonnego, za każdą łaskę, za każdy kęs chleba, za każdy przejaw Jego miłości. Okażmy wdzięczność za odnowienie ofiarowania się, gotowi na wszystko. Prośmy o miłość prawdziwą, aby iść wiernie w apostolstwie świętym, bo świętość i żarliwość, to istotne cechy apostolskiego życia zakonnego. Z nim mamy spełnić posłannictwo względem dusz powierzonych naszej pieczy.

 

PRACA APOSTOLSKA

Każdy zakon z natury powołany jest do pewnego rodzaju apostolstwa. Wszyscy członkowie w tym apostołowaniu biorą udział, - pośrednio lub bezpośrednio. Porównajmy z armią, która się ściera z nieprzyjacielem. Jest tam wódz, który kieruje wszystkim; są żołnierze walczący o różnej broni, są również przeznaczeni do zaprowiantowania wojska jak do zbierania rannych z pola walki i odnoszenia do szpitali. W Zakonie również jest dowództwo, które musi mieć żołnierzy wyrobionych, pracujących na froncie powołania. Muszą oni również mieć pomoc w dostarczaniu środków potrzebnych. Tę pomoc okazują siostry konwerski. Jakikolwiek mają urząd, pracę, znaczenie od przełożonej do ostatniej siostry konwerski wszyscy dążą do jednego celu, jedno rozwiązują zadanie, działają razem przez modlitwy, prace i ofiary. Praca w zakonach czynnych to nie tylko uświęcenie siebie, ale i rozniecenie miłości Bożej w sercach innych ludzi. Nie ma lepszego środka na urobienie, jak wytrwałość i ufność w pomoc Bożą w pracy nad udoskonaleniem innych ludzi. Kto taką pracą się zajmuje jest aniołem Boga. Świętość jest potrójna: pokutująca, osobistego stanu łaski i chwalebna.


Anioł pokuty nie potrzebuje, ale my jej potrzebujemy, a nie ma lepszej pokuty, jak praca około dusz; jest ona trudna, niewdzięczna, pełna ofiar i zaparcia się siebie, dlatego jest obfitym źródłem wynagrodzenia i zadośćuczynienia za grzech.


Jak anioł ma być istotą wyższego rodzaju, wyrobienia, silnego charakteru, pociągającej energii życia - świadomej, co chce osiągnąć. Aniołowie są istotami duchowymi, ich się nie widzi, nie słyszy, a mimo to jest ustawicznie obecny. Ja lubo z ciałem muszę zrzucić wszystko, co ziemskie i starać się o cichość serca i pokorę. Od siebie wymagać wiele, a dla innych mieć cnotę wyrozumiałości i nie wymagać za wiele. Inaczej będzie jak w bajce, gdzie myśliwy wybierał się na wróble z armatą.


Aniołowie nie oczekują nagrody, pozostają w zapomnieniu we wzgardzie nieraz,
a zawsze cisi, spokojni i cierpliwi. I nam trzeba walczyć ze zniechęceniem, choćbyśmy
z naszego oddania nie oglądali owocu. - Aniołowie patrzą na Boga i z tego źródła czerpią
swe szczęście i radość. Nam trzeba również spoglądać, a raczej w duszach nam powierzonych widzieć Boga i z pracy czerpać zachętę. - Aniołowie oddziałowują na nas pogodą ducha, jasnym wejrzeniem, anielskością umysłu, tak i nam trzeba oddziaływać na te dusze, w których Duch Święty zamknął skarby swoich łask i darów.


"Cokolwiek uczyniliście tym maluczkim, Mnieście uczynili" /por. Mt25,40/
mówił Pan Jezus, a ta myśl winna nas uszlachetniać i opromieniać. Wierzmy, że wszelką pracę, trud i przykrości zniesiemy ofiarnie, a Bóg nas wynagrodzi stokrotnie. Więcej Boga uwielbić nie można, jak dać Mu dusze, nad którymi ofiarnie pracujemy. Do tej pracy prowadzi ideał zakonu, a w nim chwała Ojca, a Jezus dla chwały Ojca życie swoje poświęcił.

O KRÓLESTWIE CHRYSTUSOWYM

Na świecie wiele jest królestw: martwej natury, roślinne, zwierzęce, ludzie zakładają królestwa osobno pilnie strzeżone wojskiem, rozszerzane wojną. Chrystusa Królestwo jest inne - nie z tego świata, czyli nie według zasad świata zakładane i rozszerzane, chociaż na świecie istniejące "Przyjdź Królestwo Twoje"(Łk 11,2). Jest to królestwo ducha i jego doskonałości "Bądźcie doskonałymi jako i Ojciec Niebieski" (Mt 5,48).


Siedzibą tego Królestwa jest dusza ludzka, a objawem harmonia wewnętrzna pomiędzy duchowymi władzami a cielesnymi. Kto chce tedy być w tym Królestwie, winien namiętności swe poddać rozumowi i woli, winien rozum swój oświecać światłem wiary, a wolę swą wzmacniać łaskami i poddać ją woli Bożej. Już pogaństwo widziało w naturze ludzkiej dysharmonię i usiłowało ją usunąć: stoicy za pomocą wykorzenienia namiętności,
a epikurejczycy przez dogadzanie im we wszystkim.


Żaden z pogan celu nie osiągnął i musiał w upokorzeniu powtarzać: "Widzę lepsze rzeczy i uznaję je, a idę za gorszymi", czyli poznaję Królestwo ducha i chciałbym je urzeczywistnić, ale brak mi sił i środków odpowiednich. Bo też to królestwo ducha możliwe jest tylko u Chrystusa, który je założył, mówił o nim obrazowo w przypowieściach /ziarno gorczyczne, sieć, drachma zgubiona, skarb ukryty itp./, pokazał na sobie poglądowo, jak się je urzeczywistnia, zostawił również w Matce Swojej Najświętszej doskonały wzór tego Królestwa oraz podał zasady jego jakby konstytucję, której mają się trzymać wszyscy pragnący wejść do niego i korzystać z jego dobrodziejstw. Chrystus Pan wszystkich do tego Królestwa zaprasza, a trzymając w ręku miecz władzy i kielich męki woła: "Pójdźcie za mną".


Skoro Chrystus zaprasza nas, zadaniem naszym będzie wpatrywać się w Niego i naśladować Go. Przede wszystkim w Królestwie Chrystusa nie może być cienia grzechu, bo grzech śmiertelny wyklucza bezapelacyjnie z tego Królestwa, w którym wszyscy mają nosić szatę godową czystości i niewinności. Przez śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa zaciągnęliśmy się do Królestwa Chrystusowego, ale tylko zewnętrznie: śluby i habit jeszcze zakonnika nie czynią.


Przyłączyć się musimy duchem. Nam nie wolno zadowolić się obecnością przy Nim: nam trzeba walczyć przy Nim. A walcząc mieć na względzie nie tylko własną doskonałość i świętość, ale dobro innych ludzi nam powierzonych. Inaczej szerzenia Królestwa Bożego pojąć nie można. Przed nami nie Bóg karzący, ale dobroczyńca - Miłość pociągająca wszystkich, nie Bóg kary i pomsty, ale Niezmierzone Miłosierdzie Boże.


Duch Chrystusowy, to duch świętości, którą się zdobywa przez walkę z sobą; to duch pokory głębokiej, którą się zdobywa przez zaparcie się siebie, to duch czystości, którą można utrzymać przez umartwienie, a utraconą odzyskać przez pokutę dobrowolną i żal habitualny za grzechy. Pomimo, że żyjemy w zakonie, jeszcze do Królestwa Chrystusowego nie należymy duchem, póki się duchem miłości Jego nie odrodzimy.

 

POD SZTANDAREM CHRYSTUSA

Na polach Babilonu zgromadzili się ludzie ze świata całego. Po jednej stronie wznosi się tron z ognia i siarki - elementów niszczących wszelkie życie - na tronie tym zasiada szatan. Wejrzenie jego jest straszne, rozpaczliwe, ziejące nienawiścią, ruchy jego to ruchy tyrana. Otoczony jest czeredą diabłów, wpatrzonych w niego służalczo i spełniających jego rozkazy. To jest książe ciemności, nakłania i kusi do złego, otoczony dymem. To jest książę kłamstwa, szuka krętych dróg, budzi niepewność, nieufność, zasiewa niewiarę, bezczelność a opiera się na pewności siebie.


To burzyciel pokoju, który na duchowym polu Chrystusa zasiewa kąkol niezgody i przygłusza nim wschodzące cnoty, wszczyna zamieszanie, rozdwaja serce, a obecność swoją objawia w zmiennym postępowaniu swych adeptów. To książe piekła, powodujący brak odwagi, to buntownik podżegający do buntu, zachęcający do uporu przez pychę, On wysyła szatanów do wszystkich, a szczególnie do tych, którzy się odznaczają cnotą w zakonie - oddanych Bogu. On najwierniejszy towarzysz tych, którzy pragną Bogu służyć szczerze.


Szatan to wytrawny psycholog, nie do wszystkich idzie ze wszystkim, gdyż wie gdzie, kiedy i w jaki sposób kusić odpowiednio. My nie zdajemy sobie sprawy, jak ważną jest praca opanowanego temperamentu, charakteru, skłonności. A diabeł uważa pilnie, jakie są temperamenty, wiek i charaktery. Inaczej zabiera się do duszy wesołej, inaczej do ponurej, inaczej do prędkiej, inaczej do powolnej, inaczej do mającej urząd jaki, a inaczej do zamiatającej korytarz. On karze swoim wysłannikom dostosowywać się do okoliczności życia wewnętrznego, czy dusza boi się grzechu ciężkiego, czy lekceważy powszedni, czy kocha Boga, czy zna siebie, czy ceni drobne rzeczy, czy nie pomija milczenia nakazanego?


On inaczej nie może się dostać do serca, jak przez nakłanianie do uchybień z początku drobnych, chce rozluźnić sumienie, uśpić je, patrzy czy jesteśmy dumni i pewni siebie,
czy cnoty tylko pozorne, czy jesteśmy leniwi lub pilni, czy ostrożni lub lekkomyślni.
Raz uderza gwałtownie, to podchodzi powoli i budzi zniechęcenia /Bóg mnie opuścił i nie chce mnie/. Przychodzi nieraz z głupstwem i przeraża bluźnierstwami, przedstawia bezowocność praktyk, by duszę zniechęcić. Wówczas dusze wystrzegają się tylko grzechów ciężkich, tolerują skłonności do mniejszych, otrzymują w ten sposób trujący zastrzyk, stronią od umartwień, odzierają się z nadprzyrodzoności, tracą delikatność i okrywają się warstwą jakąś nieczułą, przywiązują się do siebie, wyrabiają upór woli, słuszność własnego rozumu i kierują się same. Aż wreszcie powoli diabeł nakłania do grzechu ciężkiego.
Przypatrzmy się własnej duszy, gdyby ona nie była takim skarbem, to by szatan nie kusił. Trzymajmy się na baczności i zmysły swe na wodzy, trzymajmy się reguł, powinności, a w razie pokusy otwierajmy swą duszę spowiednikowi, by się ustrzec samowoli wewnętrznej, będącej podatnym gruntem dla pokus szatana.


Śliczna dolina około Jerozolimy, pośród niej obóz, a w niej ład i porządek, spokój i cisza wielka. Śpieszą na dolinę pełni zadowolenia i radości, pogody i wewnętrznego spokoju. Wśród nich piękna postać z miłością w oku - to Chrystus. Zbliżmy się bliżej, uklęknijmy i przypatrzmy się Mu bliżej. Zmierzył tą dolinę wszerz i wzdłuż, a przechodząc rozsiewał same dobrodziejstwa, gdzie stanął rzesze Go otaczały, a On dawał im szczęście. Jest ubogi, posłuszny, prześladowany na tronie nie siedzi, choć to Król królów. Stoi otoczony apostołami i sługami wiernymi. Poświęcili oni dla Niego wszystko, a On im daje siebie, swą promienną postać, swoją miłość, która się wszystkim udziela i wszystkich uszczęśliwia.


Chrystus pragnie szczęścia twojej duszy, wysyła jej swych apostołów, jakimi są zakon, reguła, przełożeni. Jeden warunek tylko wypisał krwią swoją, to ten, by tu na ziemi zaprzeć się siebie zupełnie, by w ogniu doświadczeń zahartować swą wolę. Idzie sam do najbiedniejszych grzeszników, upadłych dusz ludzkich ze słowami pociechy, pokrzepienia, miłości i ofiary i chce byśmy Go naśladowali pod tym względem. Oto szatan za nikogo nie cierpiał i cierpieć nie będzie, a Chrystus gotów jeszcze raz umrzeć za każdego z nas i za mnie. Jakże to często zapominamy o tym i spełniamy wolę wroga Zbawiciela naszego. Manifest naszego Mistrza jest jasny: "Błogosławieni ubodzy duchem" zaprzeć się siebie; "Błogosławieni czystego serca"- czyli stać się jak dziecię. "Błogosławieni, gdy was prześladować będą"... "Radujcie się i weselcie"... (por Mt 5, 3nn).


Wylaniem krwi swej i łaską Chrystusa dopomaga nam, wzmacnia wolę i oświeca rozum.
Rzucił jakby pomost nad przepaścią, oddzielającą nas od Boga. Nie żałował największej ofiary, byle tylko pojednać nas z Ojcem. A ja czy szłam dotychczas drogą ofiary. Czy nie szukam wszędzie własnego zadowolenia? Wezmę duszę w swe ręce i będę się przypatrywać, czy ona odpowiada programowi Królestwa Chrystusa.

ZNACZENIE REKOLEKCJI

"Służcie Panu z radością" (Ps 100), powiada Psalmista, tymczasem radość w służbie Bożej zakłócają trzy myśli: o przeszłości, przyszłości, czy wystarczy sił, by dojść do celu.
Na rekolekcjach winniśmy te myśli roztrząsać, by zdobyć radość.


Jeżeli dusza jest niepocieszona z powodu błędów przeszłości, trzeba odbyć dobrze spowiedź, do której należy się przygotować w czasie rekolekcji. Bóg największe grzechy przebacza i zapomina o nich, dlatego krzywdzimy Boga i własną duszę, gdy ustawicznie wracamy pamięcią do win dawnych. Po rozgrzeszeniu nasze grzechy spoczywają w zawrotnej przepaści Miłosierdzia Bożego. Po co siłą woli dobywać te grzechy, które już są przykryte miłością miłosierną. Niedobrze, gdy słoneczną jasność duszy nurtuje myśl, czy odpokutowałem za dawne winy? Jak przy wniebowstąpieniu radość ogarnęła Apostołów, że już nie pamiętali swej smutnej przeszłości, tak nam już trzeba zapomnieć o niej.


Wprawdzie w pierwszych wiekach za grzechy Kościół wyznaczał surowe pokuty, jak posty, jałmużny itp., których dziś nie stosuje. Ale wówczas nie naznaczał pokuty wstąpienia do klasztoru, bo to byłaby pokuta za wielka. Skoro teraz jesteś w klasztorze, możesz odpokutować za najgorszą przeszłość swoją wiernością regule i ślubom przez dobrowolną ofiarę woli, rozumu i serca.


Co się tyczy przyszłości, mamy powtarzać z Pawłem: "Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia" (Flp 4,13). Wobec tego prozaiczne pytanie czy podołam na przyszłość jest grubym nietaktem i obrazą rekolekcji. Takie pytanie swoją szarzyzną i moralną martwotą tłumi naszą radość i pokój wewnętrzny. Wprawdzie na widok obecnych błędów musimy z sobą się liczyć i postępować roztropnie, jak Bóg postępuje z nami. On chce naszej świętości, ale nie czyni nas bezgrzesznymi, lecz żąda naszej pracy ustawicznie w uświęceniu. Tym samym, że czynimy postanowienia, mamy się przekonywać przy sposobności, czyśmy je spełnili. Bóg widzi w postanowieniach naszych dobrą wolę, a spełnieniu ich pobłogosławi tylko w łączności z ofiarami z strony naszej. Ofiar obawiamy się, a czyż Chrystus nie poniósł dla nas ofiary największej? Zofia Barras tak polubiła ćwiczenia pokutne i ofiary, że ich szukała, jak ludzie szukają słodyczy. Nie patrzmy na ofiary przez powiększające szkło, a wówczas myśl o przyszłości nie zasmuci nas nigdy.


A czy sił wystarczy? Źródłem słonecznym sił w pracy dla nas jest Jezus Chrystus. Jak Szaweł - naczynie odrzucone - stał się Szawłem - naczyniem wybranym dzięki łasce i współpracy z nią, tak i my z łaski Zbawiciela zaczerpniemy sił potrzebnych do wytrwania. On tak Chrystusa umiłował, tak się zżył z Nim, że wypełniał Mu każdą chwilę, a w listach swych imię Jezus powtarza 219 a Chrystus 214 razy. Wsparłszy się na Chrystusie wyśpiewał taki hymn miłości, jakiego nie potrafił wyśpiewać najukochańszy uczeń Jego św. Jan: "Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał...(1Kor 13.1n). W tym hymnie jakże się wzniośle ujawnia wiara, nadzieja i miłość - to źródło radości i słonecznej jasności, gorliwości niezrównanej, ofiarności i pracy, wyniszczenia i cierpień dla Chrystusa.


Rekolekcje usuwają przeszkody do radości zależnie od rekolektantów, którzy mogą być podzieleni na trzy kategorie, jak chorzy: znających swą niemoc i nie chcących używać środków, godzących się na diagnozę, ale nieużywających lekarstw, oraz na przyjmujących wszystkie przepisane lekarstwa. Pierwsi są ci, co noszą suknię, ale ducha zakonnego nie mają, kierują się zasadami świata bez żadnego zapału. Taki zakonnik to dobry aktor, ale nie wiadomo kogo przedstawia.
Ma ustawiczny rozdźwięk między sumieniem a czynem, nie ma jedności myśli, otoczenie dla niego obce, a on zagadkowy i tajemniczy wszystkich od siebie odstręcza. Dla niego rekolekcje nic nie pomogą, chyba tylko cud może spowodować zmianę i zawrócić ze złej drogi, sprawiającej mu już tu na ziemi piekło.


Drugą klasę stanowią opieszali i oziębli. Charakterystyka tej drogi sprowadza się do objawów zewnętrznych. Praktyki spełnia mechanicznie. Żyje z dnia na dzień bez pojęcia o swoim stanie, bez zrozumienia swego powołania, bez zainteresowania się sprawami powołania. Pobudką działania jest tylko wzgląd ludzki, bez intencji nadprzyrodzonej. Do uzdrowienia tej duszy nie trzeba cudu, a rekolekcji. Główną przeszkodą tu jest miłość własna, która pobudza do myślenia, co o niej sądzą inni, każe dbać o wygląd zewnętrzny, o dogadzaniu ludziom. Mniejsza o Boga, bo On miłosierny. Wciąż myśli o swoich dobrych uczynkach, co się zrobiło, co można było zrobić, gdyby nie inni, którzy mi zazdroszczą.
Niech już tak będzie, by innych nie drażnić dla świętego spokoju. Wciąż mówi o sobie, przechwala się, choć słówkiem, czasami zgani, by inni temu zaprzeczyli? - szuka uznania
dla swoich poczynań i planów, a kto się sprzeciwi, to wróg.


Pobudką działania jest tylko miłość własna, a za nagrodę ma smutek i zniechęcenie, gdy się praca nie udaje. W modlitwie i ćwiczeniach nie znajduje siły, skupienie przychodzi trudno, bo nad swymi czynami przechodzi bez postanowienia, bez poprawy i refleksji. Karność zakonna wydaje się nieznośna, a posłuszeństwo pochodzi tylko z niewolniczej bojaźni. Obowiązkowość żadna, bo obowiązek to ciężar moralny. Życie zakonne domu jej nie obchodzi, czy prace mają uznanie czy owoc pracy postępuje, czy liczebność rośnie "byle mnie było dobrze". Nie ma tam umiłowania dobra wspólnego ideału. Czasami przejawia się pewna gorliwość, ale tylko zewnętrznie z pobudek doczesnych. Żąda dla siebie szacunku, sądzi, że jest dobrodziejstwem klasztoru, dba o wygody, wmawia sobie, że pracuje więcej, niż inni. Myśli, że wszystko jej się należy, uważa że czyni dobrodziejstwo, iż poczuwa się do społeczności rodzinnej.


Straszny to stan i nie można zwlekać, by wyjść z niego: "Znam sprawy twoje, żeś ani zimny ani gorący, ale letni" /por. Ap 3,15-16/. Prawdziwej pociechy taka dusza nie zna, bo zanim się do niej dostanie, już jest zatruta; dla niej wszystko jest trudne i ciężkie: nie ma prawa do radości, jak maszyny kolejowe bez kół, komina i pieca a mające pretensje, że ich nie używają. Nie mogą doświadczyć na sobie: "Jarzmo moje wdzięczne jest". Taki stan doprowadza do grzechu ciężkiego, gdyż dusza nie ma zamiłowania do rzeczy nadprzyrodzonych, a kocha się w zmysłowości, wygodach i wystarczy jedna większa pokusa, aby przyprawić o upadek.


Trzeci rodzaj to dusza gorliwa, gotowa na wszystko dla Boga, płomienna w miłość i gotowość cierpieć dla Pana. We wszystkich pracach pogodna, ochotna, ofiarna, wesoła, promienna, zadowolona, przejęta bojaźnią dziecięcą. Spoczywa na niej łaska Boża i jest radością dla Pana, który błogosławi im na każdym kroku. Pełno w niej życia, cierpienia, pokoju i radości. "Kto skąpo sieje, skąpo i zbiera, a kto sieje z błogosławieństwem, błogosławieństwo zbierać będzie". Oddajmy teraz swe serca Bogu niepodzielnie i całkowicie. Niech w rekolekcjach (dusze) oziębłe wyjdą ze swego stanu, jak św. Franciszka Rzymianka po rekolekcjach Łęczyckiego.

CICHOŚĆ

"Uczcie się ode mnie, iżem cichy"( Mt 11,29), powiedział Pan Jezus, żądając od swych sług głównie tej cnoty, stawiając ją obok pokory, a nawet przed nią. Świętość nie oparta na cichości nie jest prawdziwa.
Cichość jest owocem miłości nadprzyrodzonej Boga, jest palmą zwycięstwa człowieka nad pychą - jest odnowieniem i przeistoczeniem całej natury człowieka. Stary Adam jest z natury gniewliwy, a im więcej pyszny, tym więcej porywczy. Każdy człowiek pyszny jest porywczy, ostry i gniewliwy; niecierpliwość karmi się pychą, jest jej głosem i oznaką. Gniew opiera się na miłości, którą człowiek ukochał siebie, swoje wygody, swoje szczęście;
jest on oporem człowieka, któremu chcą wydrzeć to, co on kocha. Gniew jest okrzykiem miłości własnej i samolubstwa.


Uczynić człowieka cichym, jest to odmienić go z gruntu i doprowadzić jego naturę do stanu nadprzyrodzonego. Bezbożny nie zna granic uniesieniom i zwraca się nawet do Boga, jeżeli wyczerpie swój gniew na bliźnich. A natury pobożne pozornie w zakonie stają się najstraszniejsze w gniewie swoim i trzeba długiego czasu, by płomień ugasić, a gorące węgle długo jeszcze będą mogły łatwo się rozżarzyć.
Gniew człowieka spokojnego jest najtrudniejszym do rozniecenia. Cichość tedy nie jest cnotą przyrodzoną i nie dochodzimy do niej o własnej sile. Ona jest cnotą Jezusa i aby ją pełnić, trzeba nam Jego łaski potężnej. Trzeba wpierw zwyciężyć naszą miłość własną, a Pan da łaskę cichości, chętnie przestaje z cichymi i ułatwia im pozyskiwanie innych dla Boga.


Trzeba być cichą względem Boga. Bóg niekiedy ukrywa swe Miłosierdzie pod osłoną zagniewanej postawy i zdaje się zamykać źródła łaski. Dozwala, by wszystko, co robimy
nie udawało się, by się nam sprzeciwiały rzeczy podjęte dla Jego chwały, by nas spotwarzali źli i dobrzy, przyjaciele i wrogowie, byśmy byli opuszczeni jak Hiob na barłogu.
Wtedy rozpaczamy, opuszczamy wszystko z niesmakiem, nad nami panuje smutek
z niecierpliwością, czujemy wewnętrzne wzburzenie duszy. Wtedy trzeba iść do Boga
w cichości i powiedzieć Mu: "Wszystko przyjmuję z ręki Twojej, wielbię Cię w tej tajemniczej drodze i wolę Twoją we mnie, bo to wypływa z Miłosierdzia Twojego".


Cierpimy, ale jesteśmy poddani i Bóg jest zwyciężony słodyczą cierpiącej duszy. On chciał się przekonać, czy Go kochasz więcej, niż łaski Jego. Bez cichości nie poddamy się woli Bożej, a walczyć będziemy przeciw Niemu i możemy dojść do rozpaczy, szemrania i bluźnierstwa. Hiob jest naszym wzorem, odniósł on triumf nad Bogiem, chociaż nie widział Chrystusa. A jakże Pan Jezus był cichym względem Ojca Niebieskiego, który nakazał Mu cierpieć dużo tak, że nie mógł się powstrzymać, by nie prosić Ojca o oddalenie kielicha z dodaniem: "Niech się spełni wola Twoja". A na krzyżu jakież to opuszczenie od Ojca. Miłosierdzie Boże i tobie da skosztować tej goryczy. Ufaj Miłosierdziu, które nie da ci zginąć na zawsze. Nie szukaj powodu cierpień w swych grzechach, by nie wprowadzić zamieszania, ale rzuć się tylko w Miłosierdzie Boże.


Trzeba być cichą względem bliźniego, a źródłem tego jest miłość. Będziesz słodka dla nich, jeżeli będziesz widzieć w nich dary Boże, a w nich kochać Boga. Ludzie to worki przedziurawione, kto w nich skarb mieści, straci. Jeżeli będziesz widzieć Boga w bliźnim - będziesz znosić jego wady, napominać bez goryczy, obchodzić się jak z Chrystusem idącym na Kalwarię, oddawać Mu usługi, litować się nad nędzą bez gniewu, z cierpliwością i dobrocią. Ale nie ma rzeczy potrzebniejszej jak słodycz do bliźniego w Zgromadzeniu, gdyż pokój i jedność braterska polega na tej cichości. Jeżeli bliźni stanie na przekór, zniesiemy to w cichości i pomyślimy, że to tylko pożyczone i ma być oddane, bo i my może nie raz staliśmy, albo staniemy na przekór. Cichość unika sprzeczek i kłótni, jak zalecał Pan Jezus na ostatniej wieczerzy.


Należy być także cichą dla siebie. Naturalnie gdy idzie o unikanie grzechu, o usunięcie okazji, o zwalczanie nawyków, o ukaranie błędów, wtedy nie może być mowy o cichości, lecz trzeba energii i siły. Ale po co się gniewać na naszą słabość? To nasza zepsuta natura. Nie budź na próżno władz swej duszy słabych i bez tego - przeciw słabości, która po ziemi pełza i nie wznosi się wysoko, która co chwila na nowo upada, trzeba tu użyć nie walki i gwałtu, lecz pokory i cichości. Trzeba brać swą naturę, jaką ona jest i taką przedstawić Bogu. Jesteś słabego ducha, jeszcze bardziej słabszego serca, ofiaruj to Bogu. Wszak nie można się zabić, by się odmienić.


Na próżno gniewać się na siebie, że nie jesteś doskonałą. Jeżeli chcesz wydać się doskonałą we własnych oczach, staniesz się jak nieuk wmawiający sobie, że jest uczonym. Jak biednemu dajesz jałmużnę nie wnikając, czy na nią zasługuje, tak postępuj i z sobą. Twoja słabość i nieudolność jest warunkiem upokorzenia się. Znoś nieudolność twoją, a to wyrobi pewien rodzaj spokoju, który cię z Bogiem zjednoczy. Doskonała cichość nawet dziękuje Bogu za nędzę, która chwałę przynosi Jego niewypowiedzianej wielkości, uznaje najmniejsze łaski i błogosławi za nie Boga jako za niezmierzone dobrodziejstwa, które Bóg zsyła pomimo niegodności zupełnej.


Trzeba cichości w służbie Bożej we wszystkich sprawach i duchowych stosunkach, a szczególnie w modlitwie. Zaczynasz rozmyślanie, a nie masz, ani myśli, ani uczucia,
ani sposobu odprawienia go, cierpimy nad tym, ale trzeba się temu poddać i nie mieć do siebie żalu, bo sami z siebie nic lepszego nie uczynimy. Gniew tu byłby dowodem pychy, starcia się miłości własnej, która marzy o wielkich sprawach i sądzi się być zdolną do najtrudniejszych rzeczy. Bóg nas zatrzymuje na właściwym miejscu i przedstawia nam naszą nicość. Trzeba w cichości patrzeć na nią i ofiarować Panu Bogu, a On ześle promień słońca, bo On wejrzał na ubogiego na kupie gnoju Hioba. Prorok woła: "Czemu smutna jest dusza moja? - Spera in Deo - ufaj Bogu i Jego Miłosierdziu" (Ps 42,6) oto odpowiedź i lekarstwo.

 

ZA CHRYSTUSEM

Bóg jest nieskończenie godzien miłości, bo jest Nieskończonym pięknem, a każda dusza,
jako rozumna istota, dąży do piękna - pożąda ideału. Bóg godzien jest miłości w Synu Swoim wcielonym, jako arcydzieło Ojca i pierwowzór wszystkich bytów. Jest niezrównanie skromny, miłujący wszystkich miłością niewymowną. Stoi wsparty na krzyżu i obejmuje swym wejrzeniem dusze mu oddane, żądając od nich wielkiej i bezgranicznej miłości. Przyjrzyjmy się z bliska, jaką winna być ta miłość.


Życie Jezusa było ubogie, więc i ja mam miłować ubóstwo, które jest godłem Jego. Stąd i ubóstwo święte będzie dla mnie całą godnością, bogactwem i szczęściem. To ofiara mojego pożądania oczu, którą teraz ponownie składam Mu jako dar. Życie Jezusa było otoczone atmosferą dziewiczą, to Jego drugie znamię, charakter i godło. To jest również znamię mojego życia zakonnego, które Mu ślubowałam, jako ofiarę mojego serca.Nie mogę się już zajmować ani sobą, ani żadnym stworzeniem. Mam należeć niepodzielnie do Oblubieńca, który jest dla mnie jedynym szczęściem. Życie Jezusa było otoczone atmosferą poddaństwa, to jest trzecie znamię i godło.


Posłuszeństwo moje ze ślubu wypływające, to ofiara, że w tych, którzy mi zastępują Boga, widzę drugiego Chrystusa i idę za Nim, jak dziecię posłuszne każdemu skinieniu swojego opiekuna, to jest honor mój, to jest zbawienie, świętość moja. Poufałość z Bogiem, to wynik mych ślubów, który mnie czyni jeszcze bardziej szczęśliwą, bo łączy z Panem w zażyłości i serdecznym obcowaniu. Serce nasze tęskni za obcowaniem poufałym dziecka, jak tęskni i choruje góral za powietrzem hal, gdy się znajdzie na nizinach. Jesteśmy mieszkańcami gór, a dusza nasza, myśl i serce może żyć i rozwijać się tylko na szczytach, opromienionych miłością Bożą. My dzieci światłości! my jej nie zaznamy bez zażyłości poufałej z Jezusem, naszym Królem, Bratem, Panem i Oblubieńcem. Tylko w zakonie możliwa jest ta zażyłość jaką widzimy np. u św. Teresy od Dzieciątka Jezus.


Ufność we wszystkim Temu, z kim pozostajemy w zażyłości. Ufność w Miłosierdzie Boże.
Ja słaba, zmienna nie mogę polegać na sobie, a ufam Wszechpotężnemu i Miłosiernemu Oblubieńcowi, który się wszystkim ze mną dzieli, nawet Niebem.
Wspólność dóbr wypływa z hojności Oblubieńca. Pójdę tedy uboga za ubogim Chrystusem, prześladowana za prześladowanym, ubiczowana złością świata do Niego się przygarnę,
dzielić będę sromoty i hańby, zapomnienia i pogardę, oddając Mu cześć i serce.


Zadośćuczynienie i wynagrodzenie Bogu i Panu za siebie i drugich, to duch pokuty,
który bliżej mnie połączy ze Zbawcą, bo "Miłość prawdziwa wszystko przetrwa i wszystkiego się spodziewa". Mam tedy miłość swą podwajać, potrajać, by za drugich miłować, bo On nas powołał, byśmy zadośćuczynili zniewagi.
Wreszcie praca usilna, apostolska, do której trzeba odnowienia sił starganych na modlitwie przed tabernakulum; tam Jezus swą miłością nas zapali i odrodzi. "Przyszedłem ogień miotać, a czegóż chcę, jeno, aby ten ogień płonął"( Łk 12, 49).

* * *


Miłość daje nam skrzydła, rozpala wolę, zdobywa wzajemność. Dlatego pozwólmy upoić się Jego tkliwością, dajmy się porwać jego miłością. Oddajmy się pod opiekę Maryi, Ona jest naszą Matką, Ona zna tajemne skarby dobroci Jezusowej. Niechże da ci zakosztować ich w obfitości, niech ci da światło poznania siebie samej, światło czyste, zdrowe i żywe, któryby zdołało rozniecić ogień w sercu i rozpalić płomień dobrej woli.

 

 

Eucharystia - sakrament miłości i miłosierdzia - teksty ks. Michała Sopoćki

<< POWRÓT do części I


do góry

 

Prawa autorskie zastrzeżone © Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego

e-mail: s_dominika@op.pl